Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


18.10.2018 (17:39)

Pojechałam wczoraj na kontrolną wizytę do neurochirurga od łapki. Wszystko jest w porządku, mogę już zacząć smarować to miejsce maścią rozmiękczającą blizny i mam uważać, żeby w zimie nie przechładzać nadgarstka.
Już ponad miesiąc minął od operacji i z każdym dniem wygląda to coraz lepiej - i wizualnie i pod względem odczuć wszelkiego rodzaju. Co prawda wciąż boli, wciąż jest słabszy chwyt i tkliwość miejsca cięcia, ale to się naprawdę w widoczny sposób poprawia.
Najważniejsze, że ustąpiło mrowienie i drętwienie ręki i to od razu pierwszej nocy po operacji, co świadczy o tym, że tkanka nerwowa nie była jeszcze ponad miarę zmaltretowana i interwencja chirurgiczna przyszła na czas.

Byłam też wczoraj w pracy (i to nawet dwa razy) i ku mojemu zdziwieniu sufit nie runął mi na głowę i nawet wyszłam stamtąd cała i zdrowa.

Od kilku dni wypuszczamy kurki na ogród. Po południu, kiedy już ze dwie godziny zostają do zmierzchu, zamykamy psy w domu i otwieramy furtkę do kurzego wybiegu. Kurki wychodzą do tego raju trawiastego, grzebią po krzakach i zakamarkach rabat i wyżerają larwy szkodników. To taka moja tajna broń biologiczna.

Duże kurki bez problemu wracają potem do kurnika, ale małym na początku trzeba trochę pomagać. Dziś jest trzeci raz, ciekawe, czy już same wrócą.

Uwielbiam ten widok - na zielonej trawie kurki kuropatwianej rasy i kuropatwianej barwy z tymi swoimi czerwonymi grzebieniami. Bo dorosłe kurki mają grzebienie prawie tak piękne, jak kogut.







Komentuj (0)

18.10.2018 (17:27)

Kubi, dla Ciebie! I jeszcze przypomnienie - tak wyglądały, kiedy pojawiły się u nas.





Komentuj (2)

11.10.2018 (21:30)

Czy można doznać kontuzji kotem? Otóż można i nie ma to nic wspólnego z pazurami, zębami czy jakąkolwiek agresją.

Nasze śmietnikowe koty są już dawno dorosłe i różnią się bardzo od siebie, nie tylko wyglądem, ale i upodobaniami. Obydwa mają już całkiem ukształtowane dorosłe kocie charaktery.

Czarno-biały Tofik jest moim mamusipieszczoszkiem - przychodzi do mnie na fotel i do łóżka, wpycha się, przytula, ociera, daje się nosić na rękach i zawsze, ale to ZAWSZE kiedy go wezmę, wiotczeje mi w objęciach i jest zachwycony. Jest cały długi i chudy - ma długie łapy i baaardzo długi ogon. Kiedy stoi, to opuszczony ogon zwisa mu wzdłuż ciała, ale jeszcze spory jego kawał leży na podłodze.
Tofik porusza się niezbyt zgrabnie - to podbiegnie, to się potknie, nagle skoczy albo stanie jak wryty - czasem wygląda to trochę tak, jakby miał za długie te nogi. Wyraz twarzy ma durnowaty i jakby nie do końca inteligentny.
Tofik znika na długie godziny w dzień i w nocy; jak wraca, to pachnie sianem i łąką, co każe nam podejrzewać, że sypia na stryszku kurnika, gdzie są zapasowe bele słomy dla kur.

Pstrokata tricolorka Lusia nie lubi żeby ją brać na ręce, daje się krótko pogłaskać, dłużej podrapać po mordce i NIGDY nie wlezie człowiekowi na kolana. Czasem ułoży się do spania całkiem blisko, ale nie należy wyciągać z tego wniosków, że chce się przytulić.
Ma słodką delikatną mordkę, uroczą i o bystrym spojrzeniu. Jest dużo mniejsza i drobniutka, ale jej sylwetka nie jest taka smukła, jak tofikowa; mówiąc brutalnie - zwisa jej trochę brzuch, więc z profilu wydaje się bardziej kwadratowa. Porusza się jednak zwinnie i z gracją, a kiedy idzie, stawia tylne łapki w jednej linii i wdzięcznie kręci dupką - no modelka.

Dziś rano, kiedy piłam kawę w łóżku przyszedł mamusipieszczoszek. Ułożył mi się w połowie drogi między ręką trzymającą kawę, a paszczą próbującą pić tę kawę. I zwiotczał.
Chciałam sięgnąć po książkę, ale bałam się ruszyć, że mi Tofik spadnie, albo zejdzie niepokojony niewygodami. Wyciągałam więc samą tylko rękę po tę książkę, coraz bardziej i bardziej, a było daleko. Wyciągałam się tak dość długo, jednocześnie asekurując Tofika i dbając o jego komfort i dobrostan.
Wreszcie dosięgłam. Nie ruszając się prawie zupełnie, czytałam i piłam tę kawę i głaskałam Tofika.
A kiedy wstałam, okazało się, że mam naciągnięty mięsień po lewej stronie pleców i przenikliwy ból nie pozwala mi chodzić/siedzieć/leżeć/ćwiczyć.

Tak to właśnie uszkodziłam się kotem.

Komentuj (4)

05.10.2018 (09:44)

Dziś podsumowanie moich dokonań dziewiarskich z bieżącego roku, który co prawda jeszcze się nie skończył, ale zachciało mi się pochwalić.
Od kiedy wróciłam do drutów (od jesieni 2014), widzę jaka jest różnica między dzierganiem niegdysiejszym, a dzisiejszym. Przede wszystkim to dostęp do świetnych włóczek i drutów, bo kiedyś nie było takich cudów.

Wszystkie moje wyroby są ze szlachetnych surowców, żadne tam pseudowełny w rodzaju akrylu. Co ciekawe, w mieście tak dużym jak Słupsk marzeniem ściętej głowy jest znalezienie pasmanterii z porządnymi włóczkami o dobrym składzie, bo wszędzie tylko akryl i akryl i wszystko trzeba kupować w sieci.
A w internecie funkcjonują pasmanterie o przeogromnej ofercie. Można tam kupić wszelkie rodzaje włóczek, posiadające w składzie przede wszystkim różne rodzaje naturalnej wełny - z owiec, alpak, wielbłądów, lam, jaków, królików czy kóz. Ale to nie koniec, bo można też wrzucić na druty len, bambus, bawełnę, jedwab, konopie, modal i wiskozę.
Również w sieci znajduję ciekawe pomysły, wzory i ściegi oraz różne świetne techniki dziewiarskie. Korzystam z zasobów po polsku, angielsku i rosyjsku i jest to naprawdę kopalnia bez dna z opisami, zdjęciami, rysunkami i filmami. Są też świetne tematyczne społeczności internetowe, których członkowie dzielą się doświadczeniami, chcą się uczyć i chcą uczyć innych.

Tam również można poczytać, o co chodzi z tym akrylem - na przykład tu.
Chociaż mam w szafie kilka starych swetrów akrylowych, których wciąż jeszcze nie wyrzuciłam, to nie znoszę sztucznych włókien w odzieży. Nie przeszkadza mi, że ciuch jest używany i z drugiej reki, jeśli jest z dobrego surowca. I tak jak nie jadam sztucznych i wysokoprzetworzonych gotowców, tak nie wyobrażam sobie, żebym się miała ubierać w worek foliowy.

No to jedziemy - styczeń-wrzesień 2018.

Wełniany szal dla Siory

Mitenki

Merynosowa chusta-strzałka

Skarpetki nr 1- dla Starego

Sweterek piernikowy

Lniana bluzka

Skarpetki nr 2 i nr 3 - dla Beaty

Merynosowy komplet dla Siory

Wełniana chusta z mitenkami dla innej Beaty

Skarpetki nr 4 - dla Krzysia

Bawełniana sukienka

Skarpetki nr 5 - dla mnie, do kaloszków

Sweter, bluzka i sukienka są dziergane od góry na drutach z żyłką, w jednym kawałku bez zszywania.
Tylko pięć rzeczy jest moich, resztę porozdawałam.

Komentuj (6)

03.10.2018 (21:43)

Ręka powoli odzyskuje funkcje. Robię już wszystko w domu i nawet kilka dni temu umyłam jedno okno. Powróciłam też do niektórych prac ogrodowych. Pozbierałam z warzywnika marchewkę, buraki i większość pietruszki. Wszystko pozamrażałam, a jedynie marchew dostąpiła zaszczytu i wylądowała w piwnicy, w skrzynce zasypanej piaskiem. Mam nadzieję, że myszy się tam do niej nie dobiorą.
Nie było tak źle z tymi warzywami, mimo suszy plony jednak są i to nawet takie do przechowania na zimę.



Przesadzam sobie powolutku róże. Już zapomniałam, jakie to przyjemne! Psy mi pomagają i kiedy kopię dól szpadlem, pomagają wszystkimi ośmioma łapami.
Tej jesieni nowych zakupów różanych nie będzie, ale na wiosnę mam już pewne plany.

Ręce robią też znów na drutach. Dokończyłam skarpetki, które zaczęłam w szpitalu w przeddzień operacji. Zrobiłam sobie takie długie skarpetki do jesiennych prac w ogrodzie, wystające z ogrodowych kaloszków - już zostały wypróbowane.

Złote i szare renety są piękne w tym roku i już prawie dojrzałe - spadają w coraz większych ilościach i codziennie je zbieram; złote układam na łóżku ogrodowym, a szare w skrzynce. Muszę i te złote pozbierać z łóżka, bo Kora je kradnie i potem w ogrodzie jest pełno ponadgryzanych jabłek, które nadają się już tylko do wyrzucenia.
Oprócz rozdawnictwa mam zamiar uruchomić w tym roku przetwórstwo, ale innego typu niż zwykle - spróbuję zrobić cydr.

Zaplanowałam sobie na październik wyjazd do bachorstwa i mam już oczywiście kupione bilety kolejowe tam i z powrotem. Nie będzie mnie prawie tydzień w domu.
Muszę Młodemu pokazać, gdzie jest Wawel.

Komentuj (0)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów