Rodzynki wydłubane z życia...
BLOG MAMOFYEN

Goście

Archiwum
2009
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005

Bibliografie

NaszaKlasa
MoiKrewni

GG e-mail


statystyka Logowanie



03.07.2009 (23:02)

Dziś podsumowanie tegorocznej wyprawy i częściowe porównanie z zeszłoroczną.

Język. Odczuwałam ogromną barierę językową na tej katalońskiej ziemi, a jest to rzecz, która szalenie mi przeszkadza, albowiem jestem naturą lingwistyczną. Włoski wydawał mi się oczywisty i zrozumiały, z łatwością zapamiętywałam różne zwroty, wiele znaczeń odczytywałam intuicyjnie i ogólnie pod tym względem czułam wysoki komfort. Tutaj – ni cholery. Kataloński czy kastylijski – jeden pies. Zwykłe „dzień dobry” powtarzane codziennie po kilkanaście razy z trudem zagnieżdżało mi się w głowie. Raczej nie miewam tego typu problemów, więc utwierdziło mnie to w przekonaniu, że język hiszpański nie dla mnie.
No i tam, we Włoszech, mogłam w dowolnym miejscu dogadać się w moim nieporadnym angielskim. Tutaj, panie w sklepie zagadywane po angielsku udawały głuchonieme. No cóż.

Trofea. Kiełbasa i szynka z gatunku dojrzewających okazały się udanym zakupem, zwłaszcza smakowała mi kiełbasa - w białej posypce z suchych łupinek czosnkowych ale bez tej inwazji czosnku w sferze smakowej . Rewelacyjna czekolada ekologiczna ze strefy wolnocłowej w Barcelonie, rozsypująca się w ustach i nie nadmiernie słodka. Oliwa też bez zarzutu (szkoda tylko, że pomidory u nas nie takie). Krem kataloński w proszku zrobiłam dziś na deser ( owszem, owszem). Turron z migdałami, wyglądający jak biała czekolada, a będący tak naprawdę czymś w rodzaju nugatu – bez szału. Wino będzie dobre, sprawdziłam. Nalewka ziołowa z klasztoru Montserrat pozostaje na razie wielką niewiadomą.

Słońce. Tu słońce było przyjazne, z wiaterkiem w tle, zdecydowanie na plus, no może z wyjątkiem dwóch ostatnich dni. Rok temu we Włoszech słońce chciało mnie zabić.

Towarzystwo. Niby towarzystwo w większości to samo, ale ponieważ byłam ze Starym, to nie musiałam się towarzystwem nadmiernie przejmować. Pojechałam z nastawieniem, że żadne fochy wypoczynku mi nie zepsują, nie powtórzyły się jednak klimaty „nasza kolonia nie bawi się z waszą kolonią”, było sympatycznie, wesoło i w różnych konfiguracjach osobowych ale we wszystkich na plus.

Tak zwane wyżywienie. Tu z zamkniętymi oczami polecam i namawiam do spędzenia choćby kilku dni w hotelu Samba w Lloret de Mar. To, co tam dają do jedzenia, jak to smakuje i jak to wygląda, ten wybór przeogromny, te smaki znane i nieznane, tego się po prostu nie da opisać. Pod tym względem wyżywienie w hotelu Scacciapensieri w Nettuno to był syf i żenada.
No i muszę tu wspomnieć, że na oczach męża nawiązałam krótkotrwały romans słowny z młodym hinduskim kelnerem o malowniczym imieniu Malkit. Malkit witał mnie przy każdym spotkaniu słowami „O la, Margerita!” lub: „Margerita, cómo estás?” (czy jakoś takoś), a nawet pozwalał sobie na „Margerita, beautiful, beautiful!”. Aż mu wreszcie kiedyś powiedziałam: „Malkit, my husband is jealous” (chociaż to nieprawda; ale kiedyś był).

Tak zwany program. Tu zdecydowanie wygrały Włochy, bo ta Katalonia, to cóż - wszystko z dwudziestego wieku, a najwyżej z dziewiętnastego, więc nie miałam tej histerii, rzucającej na kolana i wyciskającej łzy z oczu na widok miejsc, znanych z podręczników do historii i literatury i albumów fotograficznych. Za to więcej relaksu, prawdziwego wypoczynku na luzie. Tak naprawdę, nie wiem, co wolę, to dla ciała czy tamto dla ducha. Myślę, że w moim wieku muszę zdążyć jak najwięcej dla ducha, bo jak nie zdążę, to większa strata.

Hotel. Chociaż mieliśmy ten gorszy, przedremontowy typ pokoju, to jednak klima nie była racjonowana, jak we Włoszech (chociaż tam była bardziej potrzebna) – to na plus. Reszta jednak na korzyść Scacciapensieri, chociaż na pewno innego zdania są ci, którzy mieli pokoje wyremontowane, bo to była zupełnie inna bajka.

Marzy mi się Petersburg w przyszłym roku, ale podobno marna szansa ze względu na ceny przelotów; zresztą trzeba się zorientować, bo tak naprawdę, to nikt szczegółów nie zna. Gdyby tak się udało odpowiednio wcześnie stworzyć lobby „pro Petersburg”, to kto wie, kto wie...
Mam zamiar nad tym pracować.

Komentuj (0)

02.07.2009 (10:55)

Lubię te leniwe wakacyjne poranki, pomidory z oliwą na śniadanie, te "biorę pieska i idę" wyprawy po dary natury.
Bez czarny mam już trochę podsuszony:



A dziś przyniosłam świeże kwiaty lipy. No czy może być coś piękniejszego?



I te wszystkie zimowe gorączki niech mnie nie rozśmieszają. Pfff...

Komentuj (2)

01.07.2009 (18:30)

Aaaa, zapomniałam o pomidorach. Pomidory były w lodówce! Pomidory z lodówki to grzech, gwałt i stężenie pośmiertne razem wzięte.

Ogarnęłam już cały ten chaos.

Komentuj (4)

29.06.2009 (14:29)

A po powrocie:
-kurzu wszędzie na centymetr grubo
-brzózka na balkonie ma żółte liście (przesuszona)
-bratki w fatalnym stanie (oberwałam z nich z kilogram przekwitłych kwiatów)
-między doniczkami łyżeczka i karton po soku pomarańczowym
-oderwana deska od łoża małżeńskiego (hmmm...)
-wszystkie pieniądze przepuszczone (a myślałam, że zostanie; mam stąd naukę na przyszłość, jak widać w każdym wieku można się jeszcze czegoś nauczyć)
-blaty w kuchni kleją się od brudu
-dwie zaschnięte filiżanki po kawach w sypialni (Kaśka, na drugi raz kopnij ją w dupę, to umyje!)
- w łazience wyschnięte pranie, które wygląda, jakby jednego dnia było wyprane, a drugiego wyjęte z pralki (Młody mówi, że aż tak, to nie, ale i tak będzie miał warsztaty z prasowania)
-zgniłe róże stoją w wazonie w przedpokoju

c.d.n. (bo jeszcze na pewno wszystkiego nie wykryłam)


Witaj, prozo życia!

Komentuj (3)

27.06.2009 (20:40)

Piątek był dniem, kiedy zmarzłam w Hiszpanii. Pojechaliśmy na górę Montserrat obejrzeć tamtejszy klasztor, a tam niespodzianka – chłodno i deszcz. Można było to przewidzieć, że wysoko w górach nieco inne panują warunki, no ale...
Wjazd wagonikiem szynowym po bardzo stromym zboczu, wcale nie był tak straszny, jak obiecywali.
Widok z góry przepiękny:



Wieczorna konsumpcja alkoholi na plaży podziałała rozgrzewająco.


Sobota, czyli dziś, to przedostatni nasz dzień tutaj. Kąpałam się w morzu. Znaczy w Morzu Śródziemnym.
Wspaniale się pływa, ale jak się ta słona woda dostanie do oczu, to szczypie, niestety. Po obiedzie popłynęliśmy statkiem do Tossa de Mar. Statek ze szklanym dnem, przez które można obserwować dno morskie - mocno przereklamowany.
Za to miasteczko jest urocze, pełne cudnych kawiarenek w urokliwych miejscach między murami kamiennego zameczku, na przykład taka, z glicyniowym dachem:



A to pień tej glicynii:



Komentuj (0)
Czytam bo znam
Delajati
Ela
Elfka
Iskra
Książę
Lorika
Meri
MotylaNoga
Megaira
Snafu
Wawasapki
Yen

Znam bo czytam
Aggie
Barbarella
DrJekyll
DrLecter
DrMorfeusz
Dzas
Gliniany
Haniuta
Pierwsza
Sistermoon
Soso
Wszczebrzeszynie

Nie tylko zdjęcia
CudaMerigold
Dulbeb
Dyzek
Jacek
KrapkowyFotoblog
LeśneDrogi
PhotoMeg
PhotoMotylaNoga
Sigi
Sikorowy
Yendza

Jedzonko
Pascal
Pesto
Szpinak

Ludzie
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk

Miejsca
Allegro
Bank
Osloskop
Pińczów
Polityka
WOŚP
YouTube