Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


11.02.2018 (09:45)

Po obejrzeniu wszystkich seriali o kosmitach, jakie są na świecie Stary wykonał zryw aktywności remontowej i muszę powiedzieć, że stan mu się utrzymuje.
A tak naprawdę, to zryw został chyba zapoczątkowany tę przez wichurę w noc wigiljną, bo pierwsza była wymiana zawalonego ogrodzenia.

Po wiosenno letnim wietrzeniu zamokłej ściany (koło drzwi do kuchni) został też wreszcie zakończony mały remoncik całej frontowej sieni. Jest nowy sufit, normalny - biały i gładki, a gliniana powłoka ścian też została odświeżona; i tylko nie mogę powiesić firaneczki nad oknem, bo jak kilka miesięcy temu schowałam kółka od karnisza w jakimś bardzo dobrym miejscu (żeby się nie zgubiły) to ślad po nich zaginął, co gorsza również ślad w mojej pamięci.
Było tak

i tak,

a teraz jest tak


O karmniku już pisałam.

Kolejnym krokiem było zamontowanie leżakujących już z pół roku kuchennych szuflad do wnęki pod piekarnikiem. Szuflady już działają i są zapełnione, ale brakuje im jeszcze frontów; robią się z postarzanych desek.

No i najważniejsze - te regały biblioteczne.
W sierpniu zostały kupione świerkowe deski, które Stary poukładał pod zadaszeniem przy domu i tak sobie leżały. Zaczął je nawet trochę malować, robić im zaokrąglone brzegi, ale potem miał operację łokcia i nie dokończył.
Przed zimą wnieśliśmy deski do największego pokoju, żeby tam mogły kontynuować leżenie, a teraz wreszcie - są półki! Wczoraj malowaliśmy je, a przy okazji machnęliśmy też drzwi i belki szachulca, odsłoniętego w tym pokoju równo rok temu (jak widać na zdjęciach, po drodze było jeszcze tynkowanie kwater gliną).







Komentuj (3)

07.02.2018 (17:54)

Pod pociąg nie wpadłam.
Objechałam Polskę dookoła, a porwałam się na taką wyprawę, że nie wiem, czy jeszcze kiedyś w życiu się zdobędę. Nie było łatwo - ani emocjonalnie ani kondycyjnie.
Naczelną ideą były odwiedziny seniorów rodziny ze strony Mamy, a przy okazji i innych znajomych i krewnych Królika.
Cały plan został wykonany. Agata, Darek, Justyna, Krzysiek, ciocia Maryla, Beata i Krzyś, Gocha i Wiesiek, Marek i Halina, Paulina i Miłoszek, Ewelina, Mariola, Agnieszka i Maciej - to moje spotkania z pierwszego tygodnia ferii.
Zapętlenie emocji przypłaciłam strajkiem kręgosłupa jeszcze przed wyjazdem, a teraz, już po powrocie, testuję nowoczesne zdobycze farmakologii i wypoczywam, bo trzeba by jakoś wrócić do pracy.

Trochę grzebiemy się (jak zwykle zimą) w domowych udogodnieniach. Stary zrobił piękny równiutki sufit we frontowej części sieni, nałożył tam też na nowo tynki gliniane. Potem zabrał się za regały biblioteczne, które wreszcie przestały być deskami, a zaczęły być półkami.
Dziś zaczęliśmy malować je na dwa pędzle za pomocą mikstury autorskiej, która została już kiedyś wykorzystana przy malowaniu belek szachulca odsłoniętego na ścianie sypialni. Impregnuje ona i barwi drewno, dając mu aksamitną gładką powłokę, a jednocześnie nie zakrywając rysunku starego drewna.

Wtedy to została w naszym Gospodarstwie opatentowana mikstura o składzie:
1/2 l terpentyny
2 miarki rozdrobnionego (przez myszy) wosku pszczelego
2 łyżki stołowe lakierobejcy
(jeśli ktoś nie ma myszy, może sobie sam rozdrobnić ten wosk, nas ta robota ominęła, bo wosk został na zimę w szopie)
-----------------------------------
Legenda:
"miarka": stary klosz od lampy garażowej o pojemności ok. 400 ml
"łyżka": Ikea, seria Dragon
"lakierobejca": Dulux, palisander półpołysk


A nasze stare dobre małżeństwo celebrowało w miniony poniedziałek 35-lecie.

Komentuj (0)

25.01.2018 (19:50)

Co za styczeń jego mać, no ja nie wiem! Najpierw - w mordę z liścia po linii służbowej, potem ten kot, potem coś jeszcze a na koniec portfel. O trzech pierwszych opowiadać mi się nawet nie chce, bo już dość tego, że rozsadzają mi łeb i mącą spokój.

A dziś, wracając z pracy, zostawiłam na przystanku autobusu miejskiego portfel, a w nim trochę gotówki, dowód i kartę bankomatową. Zanim się zorientowałam, zjechałam na dół (do miasta), wysiadłam i... co robić? Nie mam grosza na taksówkę, żeby szybko wracać, nie mam biletu ani nie mam na bilet. Pojechałam więc na gapę z powrotem, na ten przystanek na którym wsiadałam, a wiedziałam, że zguba została na pewno tam, bo czekając na autobus, przepakowywałam na ławeczce torebkę i wyjmowałam portfel.
Na przystanku portfela już nie było.
Zadzwoniłam do banku, żeby zastrzec kartę, postałam na przystanku i popłakałam sobie trochę po ciemku, czekając na Starego, który już jechał wezwany na pomoc. Myślę sobie: w sobotę wsiadam do pociągu, wyjeżdżam na ponad tydzień i jak tu jechać - bez karty, bez dowodu?
Wtem - obcy numer dzwoni. Odbieram, a to pani Bożenka, woźna moja szkolna, bo jakiś pan dzwonił, że znalazł ten portfel i zostawił swój numer kontaktowy.
Pan, jak się okazało, wpisał mnie w google i znalazł wśród kadry pedagogicznej mojej szkoły, zadzwonił więc do szkoły.
Starsze małżeństwo czekało na mnie w swoim mieszkaniu w bloku i oddali mi wszystko, nawet żadnego znaleźnego nie zdołałam im wcisnąć!

Muszę w sobotę uważać, żeby nie wpaść pod pociąg.

Komentuj (8)

19.01.2018 (13:33)

Co się robi ze starymi kalendarzykami, takimi z torebki - latami zbieranymi, bo jak tu wyrzucić, skoro tyle ważnych rzeczy, tyle spraw i terminów? Ani spalić, bo nieekologicznie, ani na śmietnik, bo dane wrażliwe i głupio tak jakoś, na śmietnik takie rzeczy...
Ubiegłorocznego kalendarzyka już prawie nie używałam; przerzuciłam się zupełnie na smartfonowe notatki i przypomnienia, ale jeszcze go miałam i nosiłam w torebce przez część roku i to był chyba mój ostatni papierowy analogowy kalendarzyk z dawnych czasów.
I co teraz z tym wszystkim zrobić? Cała szafka kalendarzyków i nawet zajrzeć do nich nie sposób, bo już bez zaglądania można tylko płakać za tym wszystkim co minęło i za ludźmi, których chciałoby się choć raz jeszcze potrzymać za rękę.
Ale oni są już tylko w tych kalendarzykach i na zdjęciach, w przedmiotach i listach i nic się z tym nie da zrobić.

W Gospodarstwie zimowy zastój, ale są plany i zamiary. Stary zrobił ostatnio duży karmnik dla ptaków i zamontował w ogrodzie, na ściętym pniu modrzewia. Ale ptaki jeszcze o tym nie wiedzą, choć nasypałam im tam różnych różności, które częściowo ukradłam z kuchennej szafy z produktami sypkimi, a częściowo z wielkiego gara z ziarnem dla zielononóżek.



Nie mogę się doprosić Starego, żeby mi kupił słoninę dla sikorek, bo poprzednia już całkiem wyjedzona. W mieście słonina jest w sklepach mięsnych tylko rano, a Stary się wybiera jak już wykupią - i zdziwiony.
Zamówiłam więc słoninę w sklepie wiejskim i ma być na sobotę, ale to już z grubej rury zamówiłam, od razu cztery kilogramy, żeby kłopotu nie robić panu sklepowemu, co to przywiezie cały płat i ja ten cały płat wezmę.
Zrobię girlandę słoninek dla sikorek i będziemy z kotami oglądać to widowisko z różnych okien - ja pokojowo, koty z nieczystymi myślami.

A Staremu zagroziłam, że jak mi pan sklepowy naprawdę tę słoninę sprowadzi na sobotę, to ja się z panem sklepowym ożenię.
(gdyby mnie zechciał)

Komentuj (4)

10.01.2018 (17:31)

Taka sytuacja: jadę z pracy do domu dość zatłoczonym pekaesem; siedzę koło Grażynki, którą znam z tych dojazdów właśnie. Rozmawiamy no i się dowiaduję, że Grażynka wiezie dziesięć kilogramów świeżego dorsza_prosto_z_kutra, znaczy tym autobusem wiezie. Tyle zamówiła, więc się wywiązała, chociaż zamówiła na święta, a przywieźli jej dopiero dziś.
No to zdjęłam dziewczynie część ciężaru z ramion i zakupiłam w autobusie świeżą rybę po korzystnej cenie.

A czasem kupuję też ziemniaki na szosie. Znaczy tak: idę od przystanku do domu z niejaką Gośką, której rodzina uprawia ziemniaki w różnych odmianach. Pytam: Pani Małgosiu, a macie jeszcze vinetę? No i się dowiaduję, że mają, więc od razu pytam, po ile za worek. Potem wyciągam portfel i płacę od razu odliczoną kwotę, a wieczorkiem jej brat przywozi mi ziemniaki pod bramę.

Ach, jak ja to lubię.

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów